wtorek, 28 września 2021

Recenzja serialu „Urodzona gwiazda”


Jak wspomniałam już wcześniej, przy okazji recenzji powieści Paulliny Simons „Jeździec Miedziany”, moja nauka języka rosyjskiego zaczęła się od fascynacji szeroko pojętą kulturą tego kraju. Dlatego, kiedy usłyszałam o zapowiedzi wyemitowanego dopiero teraz w Polsce serialu z 2015 roku „Urodzona gwiazda” (ros. Рожденная звездой) produkcji rosyjskiej telewizji, nie mogłam przejść koło niego obojętnie. 


Akcja serialu toczy się w latach 50. ubiegłego wieku, głównie w Leningradzie i opowiada o  losach Klaudii Kowal, która przenosi się do tego miasta z myślą o studiach psychologicznych na miejscowym uniwersytecie. Główna bohaterka, w której rolę wcieliła się Marina Aleksandrova przyjechała do Związku Radzieckiego z Polski, gdzie zostawiła całą rodzinę. Pod wpływem przypadkowej znajomości z utalentowanym młodym kompozytorem i opiekunem chóru uniwersyteckiego Pawłem Szachowskim (w tej roli Igor Petrenko), dziewczyna zaczyna z czasem rozważać karierę muzyczną. 


Pełna muzyki, fabularyzowana biografia jednej z najpopularniejszych gwiazd rosyjskiej estrady Edyty Piech to opowieść o młodej dziewczynie, która nigdy nie planowała łączyć swojego życia z muzyką. Jednakże zrządzenie losu i postawienie na jej drodze uroczego i utalentowanego kompozytora Pavla Shakhovsky’ego otwiera przed nią drzwi do nowego świata. Zafascynowany pięknem i wyjątkowymi zdolnościami wokalnymi Klaudii mężczyzna zabiega by ta została solistką jego zespołu. Zwycięstwo na Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów otworzyło Klaudii drogę na wielką scenę. Przed nią wspaniała przyszłość – zagraniczne trasy koncertowe, fani i wielka sława. Niestały dotychczas w uczuciach Pavel z czasem dostrzega, że znalazł nie tylko wspaniałą piosenkarkę, ale także swoją miłość. Postanawia zrobić ze swojej ukochanej dziewczyny gwiazdę pop. Czy wpłynie to na ich relację i czy kariera Klaudii nie zniszczy ich wspólnego życia?  


Edyta Maria Piecha, czyli pierwowzór serialowej Klaudii Kowal urodziła się 31 lipca 1937 roku we Francji i jest określana mianem radzieckiem i rosyjskiej piosenkarki polskiego pochodzenia. Jest córką polskiego górnika pracującego w kopalniach francuskiego departamentu - Stanisława Piechy oraz Felicji Korolewskiej. Zaraz po zakończeniu II wojny światowej, w 1945 roku przyjechała do Polski, a konkretniej do Boguszewa, gdzie zamieszkała wraz z matką i ojczymem. Po ukończeniu liceum pedagogicznego w Wałbrzychu oraz pozytywnym zdaniu matury, wyjechała z Polski na studia do Związku Radzieckiego. Od 1955 roku studiowała psychologię na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Leningradzkiego, a od 1956 roku równocześnie uczyła się śpiewu i kompozycji w Konserwatorium Petersburskim.


Popularność zdobyła debiutanckim występem na koncercie noworocznym w 1956 roku jako solistka studenckiego zespołu muzycznego Drużba, co było przyczyną jej całkowitego poświęcenia się karierze estradowej w ZSRR. Współpracowała z kierownikiem wspomnianego zespołu studenckiego Aleksandrem Broniewickim, czyli serialowym Pawłem, który został jej pierwszym mężem. Na samym początku swojej rozwijającej się w zawrotnym tempie kariery, śpiewała głównie piosenki polskie, jak np. Czerwony autobus i Deszczyk.


Pierwszym zagranicznym występem Edyty Piechy był koncert we Wrocławiu w 1964 roku, który dał początek wielu koncertom poza granicami ZSRR, jak np.: w 1972 roku w Monachium podczas XX Igrzysk Olimpijskich, w Afganistanie, Australii, Boliwii, Kostaryce, Wenezueli, czy w Stanach Zjednoczonych. Edyta Piech koncertowała również w krajach bloku wschodniego, przede wszystkim w NRD, do którego wyjeżdżała ponad 35 razy. 13 października 1988 roku otrzymała tytuł Ludowego Artysty ZSRR. Jako pierwsza piosenkarka radziecka stworzyła własny styl występowania na estradzie i jest znana z długich szalów i powłóczystych kreacji, z których kilka zaprojektował dla niej Sława Zajcew.


Nie uważam serialu „Urodzona gwiazda” za szczyt możliwości kinematografii, jednak stanowi on miłą odskocznię od rzeczywistości. Podejrzewam, że nie do końca autentycznie pokazuje realia tamtych czasów oraz klimat panujący w Związku Radzieckim, bowiem po jego obejrzeniu można by przypuszczać, że nie żyło się wtedy aż tak źle, a wręcz całkiem przyjemnie. Obejrzałam te kilka odcinków z ciekawości i chęci poznania przeniesionych na ekrany telewizorów losów Edyty Piech. Nie zawiodłam się, bowiem historia została przedstawiona w przystępny sposób, a to wszystko z ujmującymi nierzadko kreacjami z lat 50. XX wieku, które to czasy uwielbiam za rozkloszowane tiulowe spódnice i kokardy we włosach. Ponadto uważam, że oglądanie zarówno filmów, jak i seriali w oryginale stanowi idealną pomoc naukową i umożliwia szybsze i lepsze poznanie języka obcego, którego akurat się uczymy. 

poniedziałek, 27 września 2021

Recenzja filmu „W pogoni za szczęściem”


Zbliżająca się wielkimi krokami jesień zachęciła mnie do obejrzenia ocenionego na ponad 8 punktów w dziesięciostopniowej skali dramatu obyczajowego Gabriele’a Muccino według scenariusz Steve’a Conrada z 2006 roku, czyli „W pogoni za szczęściem” z nominowanym do Oscara Willem Smithem w roli głównej. Nie ukrywam, że mój wybór podyktowany był w dużej mierze obsadą, w której pierwsze skrzypce zagrał jeden z moich ulubionych aktorów amerykańskich znany z takich filmów jak „Hitch: najlepszy doradca przeciętnego faceta” czy „Siedem dusz”. Dodatkowo zachęcił mnie fakt, że scenariusz filmu jest oparty na autentycznych wydarzeniach z życia borykającego się z przeciwnościami losu Chrisa Gardnera.


Akcja filmu rozgrywa się w latach 80. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych, gdzie zostaje przedstawiona historia niezwykle inteligentnego i utalentowanego szarego obywatela, pragnącego zapewnić własnej rodzinie godny byt poprzez sprzedaż maszyn wykonujących zdjęcia rentgenowskie w szpitalach, co nie należy do zbytnio wdzięcznych ani dobrze płatnych sposobów na utrzymanie rodziny. Co więcej, interes ten jest początkiem ciągu niepomyślnych zdarzeń w życiu bohatera. W wyniku łańcucha połączonych ze sobą mniej lub bardziej losowych wydarzeń, żona Linda (Thandie Newton) zmęczona pracą na dwie zmiany w pralni, ugina się pod ciężarem trudności finansowych i opuszcza rodzinę, a mężczyzna w wieku 30 lat traci pracę oraz dach nad głową. Taki, a nie inny obraz trudnej codzienności zmusza go do życia schroniskach, przytułkach, przystankach i łazienkach na stacjach kolejowych wraz ze swoim pięcioletnim ukochanym synkiem Chrisem Juniorem, w którego wciela się rodzony syn Willa Smitha - Jeden Smith, dla którego stara się być autorytetem i przewodnikiem w jego młodym życiu.


Niezwykle ambitny i nie poddający się tak łatwo Chris próbuje swoich sił w zdobyciu dobrze płatnej pracy. Niestety bezskutecznie. Po wielu nieudanych próbach swoje aspiracje zostawia pod firmą maklerską, gdzie zobaczył jak ludzie się cieszą, gdy wszystko im się układa. Postanawia zmienić również swoje, zapisując się pomimo braku wymaganego wykształcenia na bezpłatny staż w owym renomowanym biurze maklerskim, które może pomóc mu otworzyć drzwi do lepszego życia. Jednakże nauka, ciężka praca oraz codzienne szukanie miejsca na sen, zajmują głównemu bohaterowi coraz więcej czasu, a to wpływa niekorzystnie na jego pracę, a tym samym również na sytuację finansową. Pomimo tych przeciwności, wciąż uczy się i dąży do osiągnięcia celu, jakim jest zdobycie stanowiska maklera. 


Pomimo wielu trudnościom, na które natrafia na swojej drodze, Chris ze wszystkich sił stara się spełnić swoje marzenie o lepszym życiu i szczęściu. Funkcjonowanie w ciągłym pędzie i wykańczająca głównego bohatera mordercza praca oraz codziennie towarzysząca mu niepewność co do dalszego życia z synem, zostają wynagrodzone - Chris kończy sześciomiesięczny staż i otrzymuje propozycję zatrudnienia, co wpływa na diametralną zmianę ich sytuacji życiowej. To dzięki niezachwianej pewności siebie i miłości synka, Chris Gardner przezwycięża trudności zostając szkoleniowcem brokerów. Z czasem jego ranga wzrasta w takich firmach Dean Witter i Bear Stearns aż do jego obecnej pozycji - legendarnej postaci Wall Street, milionera będącego wspólnikiem i właścicielem firmy w Chicago, zajmującej się pośrednictwem giełdowym - Gardner Rich & Co. 


Wiara głównego bohatera w to, że upór i ciężka praca muszą kiedyś przynieść owoce są godne podziwu i naśladowania. Film działa niezwykle motywująco, bowiem pokazuje, że na szczęście trzeba czasami bardzo zapracować, czego idealnym przykładem jest prawdziwa historia Chrisa Gardnera. Myślę, że niejedna osoba w takiej sytuacji załamałaby się i posunęłaby się do nawet najgorszych w skutkach decyzji. „W pogoni za szczęściem” to opowieść o zaangażowaniu, uporze, ogromnej miłości ojca do syna oraz o ciężkiej pracy, bez której osiągnięcie postawionych sobie celów i spełnienie marzeń byłoby niemożliwe. Ponadto, film ukazuje ważną prawdę życiową, że czasami trzeba tak samo jak Chris Gardner, stanąć na najniższym stopniu życia społecznego i osiągnąć przysłowiowe dno, aby odbić się od niego i wybić na sam szczyt. Oczywiście potrzeba do tego niebywałej siły, hartu ducha, samozaparcia i determinacji, czego głównemu bohaterowi zdecydowanie nie zabrakło, przez co może być wzorem dla każdego z nas. 


niedziela, 26 września 2021

Recenzja serialu „Emily in Paris”


Niedawno świat zachwycił się kolejną nową produkcją Netflixa, której główną bohaterką jest tytułowa dwudziestoparoletnia Emily, ambitna dyrektorka działu marketingu z Chicago, która która niespodziewanie otrzymuje wymarzone stanowisko w Paryżu, gdzie zostaje jej powierzone opracowanie odpowiedniej strategii w mediach społecznościowych dla nowo przejętej przez jej firmę luksusowej francuskiej agencji marketingowej. Niestety, zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne, o czym Emily boleśnie przekonuje się na własnej skórze już po przybyciu do francuskiej stolicy mody i miłości. 


W rolę głównej bohaterki wciela się urzekająco piękna Lily Collins. Paryskie kawiarenki, elegancko i modnie ubrani przechodnie, unoszący się w powietrzu zapach croissantów wymieszany z wonią najdroższych perfum i wiszącą w powietrzu miłością, z nutami francuskiej muzyki w tle, sprawiają, że nie można się nie zakochać w tym mieście. Nowe życie Emily wypełniają ciekawe przygody, niezliczone wpadki i nieoczekiwane wyzwania, jak na przykład porozumiewanie się bez znajomości francuskiego ze współpracownikami niechętnie lub wcale niemówiącymi po angielsku. Codzienne zmagania Emily w powolnym zdobywaniu sympatii nowych współpracowników, a szczególnie zmniejszaniu antypatii jej nowej szefowej ogląda się z zaciśniętymi na szczęście kciukami. Nowe przyjaźnie, szukanie miłości i zabawne perypetie głównej bohaterki czynią z tego serialu idealny przepis na spokojny wieczór po ciężkim dniu pracy lub przyjemny seans w domowym zaciszu z przyjaciółkami przy winie. 


Serial jest przepełniony modnymi stylizacjami, które pozwalają się niejednokrotnie zainspirować. Ponadto upór głównej bohaterki w dążeniu do wyznaczonych celów i jej hart ducha stanowią niesamowitą motywację w tym trudnym, jesiennym czasie.  Oczywiście, należy pamiętać, że nie jest to serial wysokich lotów i większość widzów uzna go za koloryzowany infantylny kicz, jednakże i takie produkcje można oglądać dla wytchnienia po ciężkich przejściach z np. „Squid Game”. 


Producenci już zapowiedzieli premierę drugiego sezonu serialu, która ma nastąpić w grudniu tego roku. Nie ukrywam, że zaciekawiły mnie dalsze losy Emily, szczególnie, że uwielbiam Lily Collins, dlatego nie zamierzam opuścić premiery. 

niedziela, 19 września 2021

Recenzja serialu „Squid Game”


W ostatnich dniach niemal cały świat ogarnęło szaleństwo związane z ukazaniem się na platformie Netflixa zupełnie nowego serialu południowo-koreańskiej produkcji zatytułowanej „Squid Game” (w oryginale: O-jing-eo Ge-im). Hwang Dong-hyuk, architekt koreańskiego hitu platformy Netflix stworzył coś na kształt amerykańskich „Igrzysk śmierci”, jednak o wiele bardziej rzeczywistych i okrutnych. Serial, który przerósł najśmielsze oczekiwania nawet samych twórców tego krwawego dzieła stanowi według mnie mieszankę „Igrzysk śmierci” i typowo wschodniej, koreańskiej mentalności i sposobu przedstawiania cierpienia i śmierci w tragicznych okolicznościach. 


Fabuła serialu opowiada o 456 bardzo różniących się od siebie osobach, które w pierwszych dwóch odcinkach serialu otrzymują zaproszenia do udziału w tajemniczej grze oznaczonej na wizytówce znakami koła, kwadratu i trójkąta. Łączy ich jedno - wszyscy mają mniej lub bardziej poważne problemy finansowe. Gra, w której stawką jest 45,6 miliarda południowokoreańskich wonów, toczy się na tajnym i zamkniętym terenie. Turniej obejmuje serię tradycyjnych dziecięcych zabaw, w których karą za przegraną jest tajemniczo brzmiąca „eliminacja”. Nagroda jest kusząca, ale stawka — przerażająco wysoka, bowiem pod początkowo niegroźnie brzmiącym pojęciem „eliminacji” kryje się śmierć wyeliminowanego zawodnika. 


Początkowo zawodnicy spotykają miłego i sympatycznego człowieka w garniturze, który proponuje im dziecięcą grę z zakładem. Jeżeli wygrają, dostają tysiąc wonów, jeżeli przegrają - tyle samo będą zmuszeni oddać. Nie mając często żadnych pieniędzy, początkowo się opierają, jednak z czasem przychylają się do usilnych próśb uśmiechniętego młodzieńca. Schemat działania jest powtarzalny i zostaje pokazany na głównym bohaterze podczas sceny w metrze, kiedy to w ramach zapłaty za porażkę tajemniczy nieznajomy uderza gracza w twarz i proponuje kolejną rozgrywkę. Zaangażowane osoby grają do momentu pierwszej wygranej, po której otrzymują obiecane tysiąc wonów i zagadkową wizytówkę. Po skontaktowaniu się z zapisanym na odwrocie numerem telefonu, zapisują się do turnieju, jednak nie są jeszcze świadomi, co właściwie ich czeka. 


Odbieranie uczestników z ustalonych miejsc przebiega w bardzo sprawny i zorganizowany sposób. Każdy z nich ma czekać w określonym podczas rozmowy telefonicznej miejscu, a po wejściu do samochodu, zostaje odurzony usypiającym gazem. Zawodnicy budzą się na ogromnej hali, ubrani w takie same uniformy, różniące się jedynie numerami. Od tej pory są dla siebie anonimowi, a poznają się jedynie po numerach, co w kontekście wydarzeń II wojny światowej i hitlerowskich zbrodni nabiera głębszego i przerażającego wyrazu. Na samym początku zawodnikom zostają przedstawione zasady uczestnictwa w turnieju, które są zobowiązani podpisać. Nie ma ich za dużo, bo jedynie trzy, lecz są bardzo istotne. Jedną z nich jest reguła mówiąca o tym, że zgodę na przerwanie turnieju może podjąć większość zawodników, co ma znaczenie w kontekście późniejszych wydarzeń. 


Zawodnicy dostają dokładnie wydzielone porcje żywnościowe, są zobowiązani do spania i budzenia się o określonych porach, nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym. Na każdą grę są prowadzeni przez do złudzenia przypominający domek dla lalek labirynt schodów i drzwi. Wszystkie dekoracje utrzymane są w lukrowej kolorystyce, z głośników sączy się muzyka klasyczna, a w tle słychać komentatora o spokojnym dziecięcym głosie opisującego każdorazowo zasady poszczególnych gier. Pierwszą z nich jest zabawa w „zielone-czerwone”, czyli polski odpowiednik „Baba Jaga patrzy”. To podczas tej gry zawodnicy dowiadują się, co tak naprawdę oznacza słowo „eliminacja”. Zgromadzonych na hali uczestników ogarnia panika, w której szanse na przeżycie mają jedynie najsilniejsi. To właśnie w tym momencie zarysowują się wyraźnie postaci głównych zawodników, na których będzie skupiała się akcja w kolejnych odcinkach. 


Pierwsze odcinki wprowadzają nas w losy głównego bohatera, a z czasem splatają je z losami wybranych, lecz nieprzypadkowych kolejnych postaci. Początkowo serial osnuwa nas dość ponurym klimatem biedy, kłopotów finansowych Koreańczyków oraz wynikających z tego problemów rodzinnych. Sam główny bohater wciąż mieszka z matką, jest po rozwodzie, ma córkę, która jest wychowywana przez matkę, która związała się z kolejnym partnerem, tym razem bardziej zaradnym, bogatym i pozwalającym jej na życie na wyższym poziomie. Późniejszy przeskok do kolorowej rzeczywistości początkowo zachwyca, by po chwili dać się poznać jako brutalne realia makabrycznej gry na śmierć i życie. 


Co ciekawe, okazuje się, że na podstawie przeprowadzonych badań i statystyk Korea Południowa zajmuje bardzo wysokie miejsce w rankingu zadłużenia swoich obywateli, co oznacza, że serial nie jest jedynie przerażającą wizją obdarzonego makabryczną wyobraźnią scenarzysty, lecz ma w sobie ziarenko, jak nie ziarno autentyczności. 


Squid Game, czyli koreański serial przepełniony przemocą, rozbryzgującymi się mózgami, skręconymi karkami i połamanymi czaszkami. W trakcie oglądania siedmiu godzinnych odcinków zaczęłam odnosić wrażenie, że widz powoli traci ludzkie współczucie, które zostaje zastąpione żądzą krwi jak za czasów walk gladiatorów w rzymskich koloseach. „Chleba i igrzysk!” zdają się krzyczeć coraz bardziej przerażone, zatrwożone, przepełnione obrzydzeniem, ale i chęcią poznania kolejnej gry oraz jej przegranych i zwycięzców oczy widza. I w tym momencie człowiek zdaje się zadawać sobie pytanie czy bardziej jest złakniony czyjejś porażki, czy czyjegoś zwycięstwa, a należy pamiętać, że zwycięzca na końcu będzie tylko jeden. 




sobota, 18 września 2021

Recenzja filmu „Wyszyński - zemsta czy przebaczenie” wraz z relacją z oficjalnej premiery


W dniu 12 września 2021 roku miała miejsce beatyfikacja Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego urodzonego 3 sierpnia 1901 roku polskiego duchownego, prymasa Polskie latach 1948-1981, nazywanego również Prymasem Tysiąclecia. Od 1953 roku będący kardynałem prezbiterem obrońca praw człowieka, narodu i Kościoła, doktor prawa kanonicznego, kapelan duszpasterstwa Wojska Polskiego, pośmiertnie odznaczony Orderem Orła Białego, inwigilowany przez służby bezpieczeństwa Polski Ludowej oraz umieszczony w miejscu odosobnienia przez władze komunistyczne PRL.


Przyjmuje się, że duży wpływ na rozwój jego późniejszego stylu duszpasterskiego miał Czcigodny Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, będący jego przyjacielem. To on zaprosił młodego księdza Wyszyńskiego w 1926 roku do Lasek, gdzie nastąpiło pierwsze spotkanie z Różą Czacką. Po wybuchu II wojny światowej z polecenia bp. Michała Kozala, późniejszego błogosławionego, ks. Wyszyński ukrywał się w niebezpieczeństwie aresztowania przez Gestapo w różnych miejscowościach. Następnie został kapelanem niewidomych w Kozłówce i Żułowie, a w czerwcu 1942 roku udał się do Lasek, zostając kapelanem Zakładu dla Niewidomych, którym był do 1945 roku.


Ksiądz Stefan Wyszyński w okresie powstania warszawskiego pod pseudonimem „Radwan III” był kapelanem Armii Krajowej w grupie „Kampinos” i szpitalu powstańczym w Laskach. Otrzymał stopień porucznika duszpasterstwa Wojska Polskiego. Po zakończeniu wojny wrócił do Włocławka, gdzie organizował Wyższe Seminarium Duchowne, a 19 marca 1945 roku został jego rektorem.


W dniu beatyfikacji kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Matki Róży Czackiej miała miejsce również uroczysta premiera pierwszego filmu w reżyserii Tadeusza Syki pt. „Wyszyński - zemsta czy przebaczenie”, ogłoszonego oficjalnym filmem Beaytyfikacji kardynała. W rolę młodego kapelana wcielił się Ksawery Szlenkier, a Matkę Różę Czacką zagrała Małgorzata Kożuchowska. 


Akcja filmu toczy się w 1944 roku. W ferworze wojny widz poznaje młodego księdza Wyszyńskiego, niedawno mianowanego kapelanem oddziału na terenie Puszczy Kampinoskiej oraz równolegle działającego w powstańczym szpitalu., gdzie wszyscy znają go pod pseudonimem "Radwan III". Wojenna rzeczywistość jest dla ks. Wyszyńskiego kuźnią charakteru, walką o nadzieję i miłość, szczególnie wobec nieprzyjaciół. Jak w wojennej codzienności mamy wybaczać – pyta bohater, zwracając się do Źródła swojego powołania. W czasie krytycznych sytuacji takich jak rewizja szpitala przez oddziały SS czy podczas łapanki, ks. Wyszyński staje w obliczu próby. Stara się dzielnie wspierać swoich kompanów, dodając im nadziei. Widziana w oddali płonąca Warszawa i przynoszone przez wiatr spalone fragmenty Pisma Świętego przypominają o trwającym w mieście Powstaniu. Kolejne transporty rannych ze stolicy wymagają natychmiastowej opieki, a niemieckie patrole przeczesują teren w poszukiwaniu wycofujących się bohaterów. W tych niezwykle trudnych czasach hartuje się siła ducha i wielkość serca przyszłego Prymasa Polski. W ogłuszającym huku ostrzałów artyleryjskich, przy łóżkach rannych Powstańców, czy podczas mrożących krew w żyłach spotkań z bezdusznymi hitlerowskimi żołnierzami – wiara ks. por. Wyszyńskiego się hartuje i kształtuje. „Wyszyński - zemsta czy przebaczenie” to opowieść o człowieku, który w obliczu wojny musi dokonywać trudnych wyborów i odpowiedzieć sobie na pytanie „Jak miłować nieprzyjaciół, kiedy przyszło nam do nich strzelać?”


Już od pierwszych minut filmu widzowi towarzyszą silne emocje. Ukazany w pierwszej scenie bieg rannego przez ogarnięty wojennymi walkami las stanowi idealny wstęp do dalszej historii głównego bohatera. Podczas oglądania filmu widz doświadcza najróżniejszych emocji od trwogi i strachu o los bohaterów, poprzez wzruszenie, zadumę i odczucie ogromnego smutku, aż po momenty radosne, wywołujące szczery uśmiech. Założeniem twórców było nie tylko stworzenie filmu o tematyce patriotycznej, ale głównie ukazanie błogosławionego już kardynała Stefana Wyszyńskiego jako młodego księdza, człowieka ogromnej wiary, targanego w wyniku otaczających go bolesnych doświadczeń i wydarzeń przez niejednokrotnie sprzeczne emocje i wątpliwości, jak właściwie należałoby postępować. 

Ważnym elementem, o którym należy tutaj wspomnieć, a który zdecydowanie dodaje produkcji Braci Syków autentyczności jest to, że rekwizyty wykorzystane w filmie pochodziły w większości z Zakładu dla Ociemniałych w Laskach z czasów II wojny światowej, a habity noszone przez Małgorzatę Kożuchowską oraz Idę Nowakowską były autentycznymi strojami sióstr zakonnych z czasów kapelana Stefana Wyszyńskiego.


Uroczysta premiera miała miejsce w Multikinie Złote Tarasy i wzięli w niej udział aktorzy, twórcy oraz ważne osoby państwowe, m.in. Prezydent RP Andrzej Duda oraz Marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek. Po raz pierwszy w życiu miałam okazję wziąć udział w tak ważnym wydarzeniu. Prezentację przed pokazem filmu poprowadzili Ida Nowakowska-Herndon, odtwórczyni roli siostry Serafiny, oraz Tomasz Wolny. Głos zabrali również reżyser  Tadeusz Syka, producent Maciej Syka oraz kierownik produkcji Joanna Jackowska-Syka, prywatnie żona reżysera. Nie zabrakło chwil wzruszenia, radości oraz momentów zadumy. Po pierwszej oficjalnej projekcji filmu zaproszeni goście mieli możliwość na rozmowę z aktorami oraz zrobienie pamiątkowych zdjęć na „czerwonym dywanie”. Nie ukrywam, że wyjście z sali i zderzenie się ze światłem fleszy i reflektorów oraz czerwienią dywanu było trudne. Po takich filmach jak „Wyszyński - zemsta czy przebaczenie” należałoby zostać w ciszy opuszczonej sali kinowej na parę minut i zastanowić się nad odpowiedzią na to jakże istotne pytanie: Zemsta czy przebaczenie?

niedziela, 22 sierpnia 2021

Recenzja filmu „Avatar”

 

Zachęcona przez pełne zachwytu recenzje oraz możliwość obejrzenia pełnej wersji reżyserskiej filmu, zdecydowałam się wejść do tajemniczego świata planety Pandory wykreowanego przez Jamesa Camerona. Pomimo tego, że premiera światowa tego długo oczekiwanego filmu zrealizowanego z wielkim rozmachem porównywanym przez niektórych do „Titanica” tego samego reżysera przypadła na grudzień 2009 roku, to mój czas zapoznania się z tym dziełem przypadł dopiero na 2021 rok. „Avatar” został wykonany w dwóch technikach: tradycyjnej 2D oraz zupełnie nowej na pierwszą dekadę XXI wieku technikę 3D. Zdjęcia do filmu zostały wykonane do 2007 roku, jednak sama postprodukcja zajęła twórcom dwa lata. Co ciekawe, szacowany budżet całego przedsięwzięcia uplasował się na poziomie 237 milionów dolarów, co zapewniło mu trzecie miejsce pod tym względem w historii kinematografii. W rolach głównych wystąpili m.in.: Michelle Rodriguez znana z serialu telewizyjnego „Zagubieni”, Giovanni Ribisi z „Szeregowca Ryana”, Wes Studi, któremu sławę przyniósł film „Tańczący z wilkami” oraz Zoe Saldana z „Terminalu”. 


Film reżysera „Titanica” oraz „Terminatora” przenosi nas do roku 2154 na nowo odkrytą przez ludzkość Pandorę - księżyc planety Polyphemus w układzie Alfa-Centauri, czyli miejsce nadzwyczaj bogate w złoża minerału mogącego w szybki sposób rozwiązać narastający na Ziemi kryzys energetyczny. Z uwagi na fakt, że ekosystem planety uniemożliwia swobodną egzystencję człowieka, zostaje utworzony specjalny program militarny o nazwie „Avatar”. Genetycy zaangażowani w to wielkie przedsięwzięcie, na wzór zamieszkującej tam humanoidalnej rasy Na’vi, wysokiej na dziesięć stóp i pokrytej niebieską skórą, żyjącej w swoim świecie w zgodzie z naturą zachowaną w nienaruszonym stanie, tworzą specjalne hybrydy - istoty sterowane myślami człowieka. Do tego zadania zostaje powołany m.in. główny bohater, czyli sparaliżowany od pasa w dół w wyniku walk na Ziemi były komandos Jake Sully, w którego rolę wcielił się amerykański aktor Sam Worthington znany z takich filmów, jak m.in. „Przełęcz ocalonych”, czy „Everest”. Za udział w programie zostaje mu złożona obietnica odzyskania zdrowego ciała. Jake dołącza do pułkownika Milesa Quadritcha, dowodzącego tajną jednostką Secops, i rozpoczyna infiltrowanie Na’vi. Za sprawą ludzi, poszukujących cennych minerałów na terenie Pandory, egzystencja Na'vi jest poważnie zagrożona. Jake niejako zaślepiony chęcią odzyskania zdrowego ciała, nieświadomie staje się częścią tej ingresji. Jednakże były marines nie przewiduje, że zaprzyjaźni się z lokalną społecznością, a na skutek podjętych przez siebie niekoniecznie właściwych decyzji znajdzie się w trudnej sytuacji, w której przyjdzie mu zmierzyć się z tajemnicami planety i walką o przetrwanie nie tylko swoje, lecz także tubylców, którym postanowi pomóc. 


Zdaniem większości ludzi zaangażowanych w projekt „Avatar” człekopodobna rasa żyje na bardzo prymitywnym poziomie, jednakże w rzeczywistości są dużo bardziej zaawansowani. Sam pomysł nazwania nowo odkrytej planety bogatej w nieocenione dla człowieka złoża i surowce „Pandorą” stanowi idealną metaforę i nawiązanie do mitologicznej puszki, skrywającej i niosącej ze sobą ryzyko nieszczęścia dla wszystkich, którzy się z nią zetkną.


Cała akcja rozpoczyna się w momencie samotnego odłączenia się od grupy podczas pierwszej misji przez Jake’a, kiedy to poznaje piękną Neytiri, która ratuje mu życie. Początkowo nieufna i niepozwalającą zbliżyć się do siebie wojowniczka z klanu Omaticaya, uczy go zwyczajów i praw, jakimi rządzi się życie jej plemienia. Nietrudno przewidzieć, że wspólnie spędzany czas i zacieśniającą się między bohaterami więź powoduje zawiązanie się uczucia, skutkujące pojawieniem się poważnego dylematu Jake’a - postawienia go przed wyborem pomiędzy lojalnością w stosunku do armii i wpojoną wiarą w słuszność wydawanych rozkazów, a podążaniem za głosem uczuć, obroną tubylców i miłości. Zbliżenie się do klanu Neytiri skutkuje znalezieniem się przez głównego bohatera pomiędzy siłami militarnymi Ziemi a Na’vi. W końcu będzie musiał opowiedzieć się za jedną ze stron i wziąć udział w epickiej bitwie, która przesądzi o losach całego świata.


Dzieło Jamesa Camerona pokazuje trudny i dramatyczny wybór, przed jakim zostaje postawiony główny bohater: stanąć w obronie dobra czy wypełnić ślepo swoje zadanie, skazując tym samym nowo poznaną cywilizację, która niczemu nie zawiniła, na zagładę. Dodatkowym utrudnieniem dla Jake’a stanowi fakt, że jedynie dzięki hybrydzie, w którą wciela się w ramach programu może znowu w pełni korzystać z możliwości swojego ciała, co stanowi dla niego niewymiernie istotną i wartościową kwestię. Jednakże w obliczu czynienia dobra ze szczerego serca, podyktowanego bezinteresownym uczuciem do drugiej osoby, pewne niemożliwe na pozór zdarzenia, stają się możliwe. 


Okrzyknięty w wielu kręgach i przez wiele osób arcydziełem, na co wskazują między innymi ocena na portalu Filmweb wynosząca aż 7.4 punktów w 10-stopniowej skali, film Jamesa Camerona zrobił na mnie wrażenie, jednak nie aż tak spektakularne, jakiego mogłabym się spodziewać po zasłyszanych i przeczytanych zachwytach. Możliwe, że na moją opinię miał również duży wpływ brak zamiłowania do szeroko pojętej tematyki science-fiction. Na pewno ogromne brawa należą się twórcom za animację, która jest niezwykle bogata w efekty, dobrze wykreowany świat oraz zamieszkujące go postaci. Premiera kolejnej części została zapowiedziana na 2022 rok. Sądzę, że z czystej ciekawości oraz zaintrygowana dalszymi losami bohaterów, udam się do kina. 

piątek, 30 lipca 2021

Recenzja filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Film pt. „To nie jest kraj dla starych ludzi” w reżyserii braci Coen - Joelego oraz Ethana mający swoją premierę nie tak dawno, bo w 2007 roku stanowi przykład mrocznego thrillera, rozwijającego się w prawdziwy dramat egzystencjalny. To epickie dzieło braci Coen zdobyło osiem nominacji do Oscara, w tym 4 statuetki, m.in. za najlepszy film i reżyserię. 


Pewien myśliwy imieniem Llewelyn Moss, w którego rolę wciela się Josh Brolin, natrafia w bezchmurny i ciepły poranek podczas jednej z wypraw na teksańskim pustkowiu niedaleko granicy Stanów Zjednoczonych z Meksykiem na przedziwne znalezisko: paczkę heroiny, dwa miliony dolarów i wielu zabitych, którzy mogą sugerować zakończoną totalną katastrofą transakcję gangu narkotykowego. Nie zastanawiając się zbyt długo, zabiera ze sobą pieniądze, lecz zostawia narkotyki, czym i tak sprowadza na siebie prawdziwe kłopoty. Jednak jeszcze tego samego dnia, targany wątpliwościami, wraca na miejsce felernej transakcji, by przyjrzeć się wszystkiemu wnikliwiej jeszcze raz. Niestety, atakują go rozwścieczeni Meksykanie, chcący odzyskać narkotyki i skradzione pieniądze. W tamtym momencie jeszcze nie wie, że jego śladem podąża wysłany przez gang narkotykowy uzbrojony w pistolet pneumatyczny do zabijania bydła psychopatyczny morderca Anton Chigurha - nagrodzony Złotym Globem i Oscarem Javier Bardem, którego zadaniem jest wytropienie Mossa, zabranie mu pieniędzy i niezwłoczne zlikwidowanie. Jednakże zabójcy nie czeka łatwe zadanie, bowiem całkowicie przypadkowy złodziej służył kiedyś w wojsku, był w Wietnamie, a to oznacza, że doskonale potrafi zacierać za sobą ślady.


Akcja rozgrywa się w 1980 roku w Teksasie. Tommy Lee Jones wciela się w rolę Eda Toma Bella, znudzonego i zmęczonego życiem strażnika prawa i pokoju. Pomimo wielu lat pracy na stanowisku szeryfa wciąż zaskakuje go okrucieństwo niektórych dokonywanych zbrodni. To na jego terenie dochodzi do wspomnianej na początku nieudanej transakcji narkotykowej, w której giną jej wszyscy uczestnicy, pozostawiając po sobie samochody, zwłoki, paczki z heroiną i 2 miliony dolarów w walizce. Po tych makabrycznych wydarzeniach, idący tropem ranionej przez siebie zwierzyny, na miejsce dociera Llewelyn Moss, weteran wojny w Wietnamie. Wtedy jeszcze nie wie, że to on wraz z rodziną staną się zwierzyną, na którą polowanie rozpocznie psychopatyczny myśliwy. Czy byłemu woskowemu uda się uchronić najbliższych przed okrutną śmiercią? Czy zdoła uciec płatnemu zabójcy?


Scenariusz filmu został oparty na kanwie opowiadania, którego autorem jest laureat nagrody Pulitzera Cormac McCarthy. Niebanalny scenariusz, znakomita gra gwiazdorskiej obsady aktorskiej oraz kreacje aktorów sprawiły, że filmem zachwyciła się nie tylko Amerykańska Akademia Filmowa, ale również Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej.


Pomimo umiejscowienia akcji w jednym z najgorętszych i najbardziej nasłonecznionych miejsc w Stanach Zjednoczonych, film „To nie jest kraj dla starych ludzi” jest niesamowicie mroczny, przepełniony wszechogarniającą grozą, strachem i niebywałym okrucieństwem. Zaskakującym zabiegiem jest fakt, że zło zdaje się być tutaj górą, co stoi w kontrze do zwyczajowo przyjętego przekonania, że dobro zawsze zwycięży. Wiele dylematów moralnych oraz zagadkowa postać psychopatycznego płatnego zabójcy, który zdaje się być pozbawiony wszelkich ludzkich uczuć i skrupułów, wykonujący swoją pracę bez najmniejszego zawahania, zostają nam podane na splamionej krwią tacy przez duet braci Coen. To wszystko w otoczce gwiazdorskiej obsady, spiekoty Teksasu, hektolitrów czerwonej farby i ciągłej niepewności. Oglądając ten film w każdej minucie zadawałam sobie pytanie, jak można być tak złym i okrutnym. Nie ukrywam, że skrycie do samego końca, do ostatniej sceny liczyłam na zmianę jaka zaszłaby w Antonie. Jak skończyła się ta historia i jaki był wynik ostatecznego pojedynku dobra ze złem w wykonaniu braci Coen, tego widz dowiaduje się po obejrzeniu całego filmu. Zachęcona pozytywnymi opiniami oraz gwiazdorską obsadą, postanowiłam obejrzeć kinematograficzne dzieło Joelego oraz Ethana Coenów i zdecydowanie nie żałuję, bowiem to jeden z tych filmów, które trzymają widza w napięciu do samego końca, a pozostają w nim już na długo, pobudzając do wzmożonych przemyśleń i analizy. 

Recenzja serialu „Urodzona gwiazda”

Jak wspomniałam już wcześniej, przy okazji recenzji powieści Paulliny Simons „Jeździec Miedziany”, moja nauka języka rosyjskiego zaczęła...