sobota, 25 sierpnia 2018

Interpretacja wiersza "Przesłuchy" Mirona Białoszewskiego

Otaczająca nas rzeczywistość, jak stwierdził kiedyś wybitny grecki filozof Heraklit, podlega ciągłym zmianom, które wpływają w większym lub mniejszym stopniu na nasze życie tu, na ziemi. To właśnie te ramy płynnego jak rzeka czasu i otaczającej nas przestrzeni tworzą codzienność, budzącą niezmienne zainteresowanie poetów, widzących w niej doskonały temat swojej twórczości.  Miron Białoszewski jest jednym z nich – poetów okresu XX wieku, który pochylił się nad tą tematyką i pozostał przy niej przez nieco dłuższą chwilę. Jeden z jego utworów, zatytułowany Przesłuchy, jest spisem myśli towarzyszących podmiotowi lirycznemu podczas jednego z tych zwykłych i niczym nieróżniących się od innych dni. 

„Ja” liryczne ujawnia się już w drugim wersie dziewiętnastowersowego wiersza białego. Na tym etapie analizy Przesłuchów M. Białoszewskiego możemy z całą pewnością stwierdzić jego obecność w utworze oraz utożsamianie się z jednym z lokatorów wielkiego domu, bądź blokowiska. Może nawet Blokowidła? Wątpliwości co do charakteru utworu budzi pierwszy wers, w którym to podmiot zwraca się do nieokreślonej pani, która przypuszczalnie zwariowała. Osoba mówiąca w tym fragmencie tekstu zwraca się do rozmówcy, bądź też do siebie samej w momencie złości i frustracji spowodowanej hałasami dochodzącymi z wyższego piętra budynku. Wpisane w początkową fazę utworu onomatopeje, przypominające raczej język niepotrafiącego jeszcze mówić dziecka, umożliwiają przypuszczalnemu czytelnikowi właściwy odbiór sytuacji, w jakiej znajduje się w danym momencie sam poeta. Dochodzące do uszu mieszkańca domu dźwięki są na tyle donośne, że już w kolejnym wersie podmiot stara się wyraźnie dać do zrozumienia lokatorce, że nie znajduje się w domu sama. Łapię szczotkę za sztuczny kij / i walę w górę mówi poddenerwowane „ja” liryczne, które nie radząc sobie z problemem sięga po radykalne formy komunikatu werbalnego. Rozczarowany brakiem reakcji ze strony sąsiadki podmiot, postanawia nasłuchiwać w oczekiwaniu na poprawę sytuacji. Komentuje efekt swojego eksperymentu takimi samymi słowami, jakimi opisał chwilę wcześniej brak odzewu ze strony dokuczliwej mieszkanki domu - i nic.

Kolejne wersy stają się coraz krótsze, aż w końcu składające się na nie zdania przeradzają się w równoważniki, aby na samym końcu stworzyć ciąg trzech rzeczowników przerwany przez jeden przymiotnik. Poprzez zastosowanie takich, a nie innych form gramatycznych, cały utwór przypomina raczej podzielony na kolejne wersy opis pewnej codziennej sytuacji, która spotkała znajomego nam nadawcę. Białoszewski nasłuchuje, lecz niczego już nie słychy. Wylatuje, które stanowi tutaj doskonałą egzemplifikację elipsy, w domyśle oznaczające pewnie szybkie wyjście na korytarz, kończy się wstydliwym przyznaniem się podmiotu do pomyłki. To nie ona, stwierdza, lecz nie poddaje się i nadal poszukuje źródła hałasu. Ucho do ścian / Po piętrach stanowią opis dalszych poszukiwań autora, który poprzez zastosowanie metonimii oraz pytań retorycznych wypowiadanych w pośpiechu, nie traci walorów artystycznych. Przeciwnie, im krótsze wypowiedzi „ja” lirycznego, tym szybsze tempo utworu. M. Białoszewski nie przerwie swoich „badań” dopóki nie zaspokoi swojej ciekawości skąd właściwie dochodzą te niepokojące, a może jedynie przeszkadzające mu w skupieniu się, dźwięki. 

Tu? zdaje się pytać z pewnością, a zarazem nutką niepewności w głosie poeta. Wydaje się, jakby zaraz było mu dane wykrzyknąć Eureka!, które nie tylko dałoby mu satysfakcję z powodu zakończonych sukcesem poszukiwań, ale również pozwoliłoby odetchnąć z ulgą i zrzucić ciężar niepewności oraz ukrytego w głębi duszy lęku. Może nie jest to jedynie strach przed nieznajomymi hałasami, lecz także ten czający się w poczuciu samotności i braku możliwości dalszego rozwoju? Niestety, nie jest nam dane poznać dokładnych myśli autora, możemy jedynie przypuszczać, że dochodzące z oddali, bliska, a na końcu otaczające poetę dźwięki, mogą tylko przyczyniać się do spotęgowania lęku, albo być przyczyną jego strachu przed otoczeniem i samym sobą, czy też spojrzeniem w głąb swojej duszy. 
Przesłuchy wydają się zrazu krótkim i dość pospiesznie napisanym wierszem. Jednak po jego wnikliwszej analizie, możemy doszukać się w nim nie tylko oznak strachu poety, ale także odnaleźć pokłady tajemniczości, nadającej utworowi Białoszewskiego niedający się niczym zastąpić klimat. „Ja” liryczne zaczyna powoli wątpić w prawdziwość, ale przede wszystkim sensowność swoich poszukiwań. Dochodzi do zaskakującego i na swój sposób przerażającego stwierdzenia, że otaczająca go przestrzeń jest wypełniona niedającymi się dokładnie zlokalizować dźwiękami, które nie brzmią już tak znajomo, jak na samym początku. O ile uważny odbiorca zaczynając lekturę Przesłuchów, stwierdza z lekkim uśmiechem, że sposób przedstawienia codzienności w tymże utworze nie jest mu obcy, tak od pewnego momentu radosny grymas zaczyna znikać z jego twarzy, ustępując miejsca przestrachowi i wrażeniu, jakoby przestrzeń wokół niego stawała się nagle zupełnie obca i wręcz przerażająca. 

Ostatnie cztery wersy stanowią kulminację emocji zarówno bohatera lirycznego, jak i samego odbiorcy. Dom. / Cały. / Sam. / Mgła - te cztery słowa są w stanie streścić obecną sytuację podmiotu lirycznego, pozostawionego samemu sobie w budynku wypełnionym dźwiękami, obawami i pustką samotności. Dlaczego poeta powołał do życia na samym końcu mgłę, będącą symbolem tajemniczości i czyhającego niebezpieczeństwa? Możliwe, że chciał tym samym wyrazić przestwór swojego przerażenia, czy też spotęgować je u czytelnika. 

„Ja” liryczne będąc bliskie szaleństwu, niczym słynny polski poeta doby renesansu, Jan Kochanowski, stara się uporać ze swoim jedynym towarzyszem jakim jest samotność. Dochodzące do jego uszu dźwięki, a nawet ich brak powodują napady paniki. Skutkiem jego licznych imaginacji, kreowanych przez spragniony ludzkiego towarzystwa umysł, stają się czysto surrealistyczne wyobrażenia. Bowiem kto będąc pozostawionym samemu sobie w ciszy, przerywanej jedynie trudnymi do zlokalizowania dźwiękami, tęskni za hałaśliwą sąsiadką? Bo tak właśnie możemy nazwać stan podmiotu, jako tęsknotę, doprowadzającą go na granicę, na której stykają się ze sobą racjonalne myślenie i szaleństwo, pozbawiające go w rezultacie kontroli nad własnymi wyobrażeniami.

Codzienności przedstawianej w poezji M. Białoszewskiego towarzyszy pozorny spokój, który dopiero po wnikliwszej interpretacji doprowadza odbiorcę do właściwych skojarzeń i emocji. Jednym z takich tekstów jest zdecydowanie Ballada o zejściu do sklepu. Sam tytuł zapowiada dość codzienną sytuację – wizytę w najbliższym sklepie. Zagłębiając się powoli w analizę tegoż poematu, można odnieść wrażenie, że poeta wcielił się w nim w rolę osoby zstępującej z Nieba lub powracającej z zaświatów. Podmiot zachwyca się najprostszymi rzeczami i zjawiskami dnia codziennego, opisując każdy kolejny krok. Używa takich słów, jak: zeszedłem na ulicę, czy żałujcie, / żeście nie widzieli, / jak ludzie chodzą. Ale kto i dlaczego ma żałować, że nie widzi, czegoś co dla nas śmiertelników jest czymś zupełnie naturalnym i codziennym? I co słyszałem?… co słyszałem? / szum toreb i ludzkie mówienie – może to właśnie te przyziemskie i pozbawione ontologicznego sensu rozmowy tak zachwycają ich odbiorcę? Obawiam się wysuwać zbyt pochopne wnioski, lecz można by pokusić się o stwierdzenie, że dźwięki, za którymi tak tęskni podmiot liryczny w Przesłuchach w Balladzie o zejściu do sklepu stały się czymś na miarę sacrum. Codzienność znika, ponieważ podmiot Ballady powraca do swojego świata i odpowiada na pytania, których treści możemy się jedynie domyślać.

W kontekście całokształtu twórczości Mirona Białoszewskiego, jak i tego konkretnego utworu, sam tytuł Przesłuchów nabiera sensu. Samo słowo przesłuchy powinno od razu skojarzyć się czytelnikowi z wyrazem przesłyszenia. Zabawa słowotwórstwem i brak jakichkolwiek zahamowań w toku tworzenia dzieł lirycznych, przydają poezji Białoszewskiego pewnej tajemniczości, ale przede wszystkim zapewniają brak przewidywalności ze względu na ciągłe wprowadzanie nowych słów, zmianę znaczeń tych istniejących lub tworzenie innych od przyjętych zasad zestawień. Dlaczego akurat taka forma wyrazu przesłyszenia pojawiła się na samym początku utworu? Może autor zwrócić uwagę wrażliwego czytelnika na jeden ze zmysłów? Czy też wyczulić tym samym słuch odbiorcy od samego początku jakże krótkiego, ale równie przejmującego i naładowanego zupełnie sprzecznymi emocjami utworu? Uważam, że nie jesteśmy w stanie określić dokładnego powodu zastosowania właśnie takiego słowa, w tymże kontekście. Myślę również, że najlepszym wyjściem z tej jakże wieloznacznej sytuacji jest pozostawienie jej odwiecznemu pytaniu co autor miał na myśli?

Codzienność nie oznacza jedynie nudnego i jednostajnego życia w dobrych do rozwoju warunkach. Zbigniew Herbert w Raporcie z oblężonego Miasta jednoznacznie zaprzecza twierdzeniu, jakoby człowiek nie był w stanie przyzwyczaić się do nawet najgorszej sytuacji, w jakiej przyszło mu spędzać większość czasu. Bowiem podmiot liryczny tegoż utworu, będący zarówno kronikarzem dziejów Miasta, czyli autorem tytułowego Raportu przyjmuje stan otoczenia, w którym przyszło mu przebywać przez większość, jak nie całe swoje życie, za normalny i codzienny. Ciągła wojna, w której zmieniają się tylko najeźdźcy, doprowadza mieszkańców oblężonego Miasta do stwierdzenia, że jedynym momentem odpoczynku i powrotu do własnych myśli jest wieczór. Ostatni wers stanowi punkt kulminacyjny utworu, który traktuje codzienność jako coś na swój sposób niezmiennego w swej zmienności, a całe życie jego bohaterów jako całkowicie podporządkowane panującej w nim sytuacji. Jest jednak trochę inaczej, ponieważ tylko sny nasze nie zostały upokorzone.

Wybitny poeta XX wieczny, przez większość swojego życia próbujący pogodzić się z bólem po przeżyciach II wojny światowej, nie pozostawia złudzeń co do tego, że wojna zmienia ludzi niezależnie od ich wieku, bowiem podobnie jak w Raporcie z oblężonego Miasta Herberta, tak i w Balladzie o karabinie Różewicza, autorzy podejmują ważki temat jakim jest walka dzieci na froncie wojennym. Dziecięca zabawa zmienia się nieoczekiwanie w niebezpieczną walkę o przetrwanie, a im dłużej trwa, tym większa staje się tolerancja dla obowiązujących w niej reguł. Osoba walcząca, po upływie pewnego czasu, przyzwyczaja się do panującej sytuacji, zapominając tym samym, że początkowo nie była ona uznawana za normalną. Ballada o karabinie w mistrzowski sposób ukazuje to, co najbardziej przeraża w wojnie, ale co gorsza do czego człowiek jest w stanie przywyknąć. Dziecko, które pragnie odzyskać swój karabin, trwająca za oknem wojna, poeta przepełniony bólem i lękiem przed powrotem tych strasznych obrazów, a to wszystko utrzymane w pełnej grozy aurze oniryczności. Codzienność, która przeraża, codzienność, która zadziwia i w końcu codzienność, która nie pozwala o sobie zapomnieć. 


Przedstawienie codzienności w utworze poetyckim, a dodatkowo ukrycie głębszych sensów w tak zgoła niepozornej formie ukształtowania, świadczy o ogromnym kunszcie artystycznym poety. Miron Białoszewski ukazał w doskonały sposób codzienność, która potrafi zaskakiwać, przerażać i doprowadzać w skrajnych przypadkach do szaleństwa. Bowiem czym byłyby takie utwory jak chociażby Treny J. Kochanowskiego, gdyby nie osamotnienie poety i ból spowodowany utratą ukochanej córeczki? Czym byłaby codzienność w czasach II wojny światowej, gdyby nie pozorna zdolność przystosowania się do panującej sytuacji takich poetów, jak Z. Herbert, T. Różewicz, czy też Cz. Miłosz? Przesłuchy są wyznaniem autora, pozostawionego samemu sobie wobec zachodzących wokół niego zmian środowiska i rzeczywistości, w której żyje. M. Białoszewski nie zwraca się do konkretnego odbiorcy, ponieważ oczekuje jedynie bycia wysłuchanym przez czytelnika, który może tak samo jak on odczuwa pustkę po czymś co stracił lub po prostu brakuje mu nici porozumienia z drugim człowiekiem. Alienacja spowodowana brakiem kontaktu ze społeczeństwem otwiera drogę do szaleństwa i tytułowych przesłyszeń, przeszkadzających w zdrowym odbiorze rzeczywistości i właściwym przystosowaniu się do codzienności. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja serialu „Urodzona gwiazda”

Jak wspomniałam już wcześniej, przy okazji recenzji powieści Paulliny Simons „Jeździec Miedziany”, moja nauka języka rosyjskiego zaczęła...