piątek, 30 lipca 2021

Recenzja filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Film pt. „To nie jest kraj dla starych ludzi” w reżyserii braci Coen - Joelego oraz Ethana mający swoją premierę nie tak dawno, bo w 2007 roku stanowi przykład mrocznego thrillera, rozwijającego się w prawdziwy dramat egzystencjalny. To epickie dzieło braci Coen zdobyło osiem nominacji do Oscara, w tym 4 statuetki, m.in. za najlepszy film i reżyserię. 


Pewien myśliwy imieniem Llewelyn Moss, w którego rolę wciela się Josh Brolin, natrafia w bezchmurny i ciepły poranek podczas jednej z wypraw na teksańskim pustkowiu niedaleko granicy Stanów Zjednoczonych z Meksykiem na przedziwne znalezisko: paczkę heroiny, dwa miliony dolarów i wielu zabitych, którzy mogą sugerować zakończoną totalną katastrofą transakcję gangu narkotykowego. Nie zastanawiając się zbyt długo, zabiera ze sobą pieniądze, lecz zostawia narkotyki, czym i tak sprowadza na siebie prawdziwe kłopoty. Jednak jeszcze tego samego dnia, targany wątpliwościami, wraca na miejsce felernej transakcji, by przyjrzeć się wszystkiemu wnikliwiej jeszcze raz. Niestety, atakują go rozwścieczeni Meksykanie, chcący odzyskać narkotyki i skradzione pieniądze. W tamtym momencie jeszcze nie wie, że jego śladem podąża wysłany przez gang narkotykowy uzbrojony w pistolet pneumatyczny do zabijania bydła psychopatyczny morderca Anton Chigurha - nagrodzony Złotym Globem i Oscarem Javier Bardem, którego zadaniem jest wytropienie Mossa, zabranie mu pieniędzy i niezwłoczne zlikwidowanie. Jednakże zabójcy nie czeka łatwe zadanie, bowiem całkowicie przypadkowy złodziej służył kiedyś w wojsku, był w Wietnamie, a to oznacza, że doskonale potrafi zacierać za sobą ślady.


Akcja rozgrywa się w 1980 roku w Teksasie. Tommy Lee Jones wciela się w rolę Eda Toma Bella, znudzonego i zmęczonego życiem strażnika prawa i pokoju. Pomimo wielu lat pracy na stanowisku szeryfa wciąż zaskakuje go okrucieństwo niektórych dokonywanych zbrodni. To na jego terenie dochodzi do wspomnianej na początku nieudanej transakcji narkotykowej, w której giną jej wszyscy uczestnicy, pozostawiając po sobie samochody, zwłoki, paczki z heroiną i 2 miliony dolarów w walizce. Po tych makabrycznych wydarzeniach, idący tropem ranionej przez siebie zwierzyny, na miejsce dociera Llewelyn Moss, weteran wojny w Wietnamie. Wtedy jeszcze nie wie, że to on wraz z rodziną staną się zwierzyną, na którą polowanie rozpocznie psychopatyczny myśliwy. Czy byłemu woskowemu uda się uchronić najbliższych przed okrutną śmiercią? Czy zdoła uciec płatnemu zabójcy?


Scenariusz filmu został oparty na kanwie opowiadania, którego autorem jest laureat nagrody Pulitzera Cormac McCarthy. Niebanalny scenariusz, znakomita gra gwiazdorskiej obsady aktorskiej oraz kreacje aktorów sprawiły, że filmem zachwyciła się nie tylko Amerykańska Akademia Filmowa, ale również Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej.


Pomimo umiejscowienia akcji w jednym z najgorętszych i najbardziej nasłonecznionych miejsc w Stanach Zjednoczonych, film „To nie jest kraj dla starych ludzi” jest niesamowicie mroczny, przepełniony wszechogarniającą grozą, strachem i niebywałym okrucieństwem. Zaskakującym zabiegiem jest fakt, że zło zdaje się być tutaj górą, co stoi w kontrze do zwyczajowo przyjętego przekonania, że dobro zawsze zwycięży. Wiele dylematów moralnych oraz zagadkowa postać psychopatycznego płatnego zabójcy, który zdaje się być pozbawiony wszelkich ludzkich uczuć i skrupułów, wykonujący swoją pracę bez najmniejszego zawahania, zostają nam podane na splamionej krwią tacy przez duet braci Coen. To wszystko w otoczce gwiazdorskiej obsady, spiekoty Teksasu, hektolitrów czerwonej farby i ciągłej niepewności. Oglądając ten film w każdej minucie zadawałam sobie pytanie, jak można być tak złym i okrutnym. Nie ukrywam, że skrycie do samego końca, do ostatniej sceny liczyłam na zmianę jaka zaszłaby w Antonie. Jak skończyła się ta historia i jaki był wynik ostatecznego pojedynku dobra ze złem w wykonaniu braci Coen, tego widz dowiaduje się po obejrzeniu całego filmu. Zachęcona pozytywnymi opiniami oraz gwiazdorską obsadą, postanowiłam obejrzeć kinematograficzne dzieło Joelego oraz Ethana Coenów i zdecydowanie nie żałuję, bowiem to jeden z tych filmów, które trzymają widza w napięciu do samego końca, a pozostają w nim już na długo, pobudzając do wzmożonych przemyśleń i analizy. 

sobota, 17 lipca 2021

Recenzja serialu „The Good Doctor”


Pierwsze odcinki serialu „The Good Doctor” zostały wyemitowane w 2017 roku. Od tego czasu powstało już pięć sezonów i zdaje się, że producent David Shore nie zamierza na nich poprzestać. Serial można obecnie oglądać na platformie Netflix.


Serial opowiada o losach niezwykle utalentowanego, młodego lekarza cierpiącego na autyzm oraz zespół Sawanta, który pragnie rozpocząć pracę na oddziale chirurgii w prestiżowym szpitalu św. Bonawentury w San Jose, w czym wspiera go doktor Aaron Glassman, którego rolę odgrywa Richard Schiff, dyrektor szpitala próbujący przekonać zarząd do zatrudnienia nowego chirurga. Jednakże jedną z najpoważniejszych przeszkód stojących na drodze Shauna Murphy’ego do zatrudnienia na wymarzonym stanowisku jest sceptyczne nastawienie zarządu. Wkrótce ma jednak miejsce wypadek, w trakcie którego młody doktor ratuje życie poszkodowanym, co wpływa jednoznacznie na decyzję zarządu szpitala o przyznaniu posady rezydenta Shaunowi. Pomimo sprzeciwu dyrektora oddziału chirurgicznego, doktora Marcusa Andrewsa odgrywanego przez Hilla Harpera, doktor Murphy otrzymuje szansę, aby wykorzystać swoje wyjątkowe zdolności. Od tej chwili młody chirurg mierzy się ze sceptycyzmem swoich współpracowników, próbując udowodnić personelowi, że jego przypadłość nie stanowi przeszkody w ratowaniu innym życia. Ale czy ktoś, kto nie potrafi nawiązywać normalnych relacji uczuciowych z innymi ludźmi, będzie w stanie skutecznie ich leczyć?


Z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej poznajemy zarówno zdolności głównego bohatera, jak i jego sposób pojmowania i postrzegania otaczającej go rzeczywistości. Ponadto naszą sympatię, bądź w niektórych przypadkach antypatię zdobywają poszczególni współpracownicy młodego rezydenta. Serial pokazuje niejednokrotnie najróżniejsze zachowania ludzi w obliczu bólu i cierpienia wywołanego chorobą ich jako pacjentów lub ich bliskich, a także ich reakcje na obdarzonego nie tylko geniuszem, ale także autyzmem lekarza chirurga. 

Nie jestem w stanie pojąć dlaczego, ale mało który serial medyczny wywołuje we mnie aż takie emocje związane z postacią głównego bohatera. Wszystkie emocje od smutku, poprzez wielokrotne wzruszenia, aż po uśmiech pojawiający się na twarzy z radości towarzyszą mi nierzadko w oglądaniu poszczególnych odcinków. Niezmiennie, od pierwszego odcinka jestem pod ogromnym wrażeniem kunsztu aktorskiego Freddiego Highmore’a wcielającego się w rolę Shauna Murphy’ego. Według mnie zagranie osoby ze spektrum autyzmu wymaga ogromnej wprawy i umiejętności aktorskich, czego nie można odmówić temu artyście. 


Oczywiście, jako osoba niemająca wiedzy medycznej i niestudiująca medycyny, mam ciarki przy każdej scenie wymieniania określonych czynności, zabiegów czy nazw podawanych leków przez serialowych lekarzy. Jednakże jestem świadoma, że może to nie mieć za wiele wspólnego ze szpitalną, a głównie chirurgiczną rzeczywistością. Zaznaczam w tym miejscu, że serial „The Good Doctor” oglądam jako totalny laik w tematach medycznych i bardziej dla poznania zachowań i przybliżenia tematyki spektrum autyzmu, które stanowi dla mnie niezmiennie niesamowitą tajemnicę. Ponadto przenikliwość umysłu wykreowanego przez scenarzystów tytułowego doktora jest na tyle imponująca, że aż motywuje do działania, czego niejednokrotnie mi potrzeba. Jednak zapewniam, że po obejrzeniu wszystkich odcinków serialu „The Good Doctor” nie podejmę studiów medycznych. 





Recenzja serialu „Urodzona gwiazda”

Jak wspomniałam już wcześniej, przy okazji recenzji powieści Paulliny Simons „Jeździec Miedziany”, moja nauka języka rosyjskiego zaczęła...